Ł a n y
Jadę rowerem leśną żwirowaną drogą, skąpana w porannym słońcu, na jagodowych krzaczkach w cieniu drzew widać jeszcze krople rosy. Każdego dnia pokonuję ten sam odcinek drogi. Śpieszę się, napinam mięśnie ud i dodatkowo pracuję ramionami wychylając szyję do przodu, jakbym chciała pokonać wiatr, on chłodzi moją twarz, zaciskam usta, jeszcze tylko ten odcinek trzystu metrów i wyjadę z lasu.
Pedałuję coraz szybciej, kiedy zaczynają boleć mnie mięśnie unoszę pośladki z siodełka rozprostowując kręgosłup, to na chwilę przynosi ulgę. Każdego dnia ta sama walka ze swoją słabością wciąż na nowo. Codzienne zwycięstwo. Poruszam się szybko, za godzinę powinnam być już w pracy, w głowie mam poukładany plan dnia, nie mogę nawalić. Kończy się stary odcinek lasu, jeszcze przede mną polana, znów drzewa, pod górkę i droga między polami. Nagle, niespodziewanie przede mną wyjeżdża metalic opel combi zupełnie jakby chciał przeciąć mi drogę. Zwariował ? Wystraszona hamuję, koło blokuje się w żwirowanym piachu, szybko tracę równowagę i upadam na lewą stronę. Wszystko dzieje się tak szybko, próbuję się pozbierać, podnieść spod kół, czuję, że zaczyna boleć mnie głowa, upadek nie był groźny, ale dosyć bolesny. Cholerny skurwiel ! Kto mu pozwolił jeździć po lesie ? Nawet tu nie ma spokoju ! - myślę rozdrażniona. Ciemny mężczyzna wychodzi z auta. Nic Pani nie jest ?? - pyta.
Unoszę głowę i patrzę na niego spode łba, ma ciemną oblamówkę brwi i rzęs, rzucają się w oczy, ciemne włosy, na skroniach pierwsze siwe włosy, w słońcu odbija się ich blask. Trzydniowy zarost. Cholerny głupek.
Zwariował pan ? Urządził sobie pan rajd po lesie czy co ? - prawie krzyczałam.
Przepraszam, pomogę pani – powiedział i energicznie podszedł do mnie od prawej strony. Po chwili czuję dziwną woń, słodkawy zapach, który rozchodzi się po moich nozdrzach, jakby przez mgłę czuję silny uścisk na szyi, moje ręce opadają wzdłuż tułowia, staram się nie myśleć, co się dzieje. Po sekundzie już wiem, że staję się bezbronna jak dziecko, wrzucona bezwiednie do obcego auta, na tylne siedzenie, pchnięta jak szmaciana lalka. To nic, to nic, wszystko będzie dobrze. Za mną tylko trzask drzwiczek, auto rusza z piskiem opon. Za nami kurz. Przecież nic się nie wydarzyło, drzewa wciąż poruszają się tym samym rytmem. Jest ósma rano, kolejny piękny letni dzień.
Budzę się w zimnym pomieszczeniu. Próbuję rozprostować plecy i pierwsza myśl jest taka, że mam na oczach ciemną opaskę, spoglądam w górę i czuję słaby blask światła. Mam związane ręce, próbuję oswobodzić nadgarstki, nie mogę, są zbyt mocno ściśnięte. O co chodzi ? Co ja tu robię ? Opieram głowę o zimną ścianę, w oddali słyszę tylko szum wiatraczka. Wentylacja? Gdzie jestem ? Próbuję sobie przypomnieć, jechałam rowerem leśną pętlą, jakiś idiota wyjechał mi na drogę. Sprawca, musiał mnie porwać i siedzę w jakiejś ciemnej dziurze. Spokojnie, tylko spokojnie, nie mogę wpaść w panikę, muszę myśleć logicznie jak się stąd wydostać, a jeśli się nie uda ??
Nie wiem ile czasu siedzę skulona pod ścianą otumaniona, sama nie wiem czym, słodkawy smak do tej pory czuję w ustach, na twarzy krople potu, zaschło mi w ustach, próbuję nie krzyczeć, nie płakać chodź przerażenie coraz bardziej ogarnia mój umysł. Z pewnością zostanę zgwałcona, pobita, zabita na śmierć, uduszona, bo przecież okupu nikt za mnie nie da, jestem biedna jak mysz kościelna. Może zostanę seksualną niewolnicą, albo pokroją mnie na narządy dla jakiś bogatych ludzi w Stanach, we Francji czy w Norwegii. Zabiorą mi nerkę, serce i wrzucą w foliowym worku na dno rzeki. Z rozmyślań wyrywa mnie głuchy odgłos, po chwili szmer, ktoś jest pod drzwiami, nadsłuchuje. Wstrzymuję oddech, znów szmer, kroki, odchodzi.
Ze snu wyrywa mnie klucz w zamku, otwierają się drzwi i ktoś wchodzi do pokoju. Słyszę głos. Nic ci nie jest ? Jak się czujesz ? Jeszcze pyta, a jak się mam czuć ?
Gdzie jestem ? Co ja tu robię ? - zaczynam panikować.
Jesteś w moim domu - odpowiada spokojnym, chropowatym głosem – I tutaj zostaniesz, na zawsze – dodaje. A teraz posłuchaj – nachyla się nade mną, czuję jego oddech przy twarzy, znam ten głos, znam ten oddech, próbuję sobie przypomnieć. Skup się, skup się. Nie mogę, jestem zesztywniała ze strachu, ściska mi dłonią ramię, jakby chciał wrosnąć w moją skórę, gładzi ją, próbuję się nie ruszyć, jak kameleon przybieram maskę, nie może dostrzec mojego strachu. Kimkolwiek jest nie mogę go sprowokować. - Zostaniesz tutaj, bo ja tego chcę, jak będziesz grzeczna dostaniesz nagrodę, jeśli nie, spotka cię kara. Zrozumiałaś ? A teraz zabiorę cię stąd na górę i doprowadzę do porządku, śmierdzisz. I to bardzo. Dostaniesz pić i jeść i nie próbuj sztuczek, nie uda ci się stąd wydostać. Nachylił się jeszcze bardziej nade mną, poczułam dotyk jego ust na swoich włosach. O, kurwa to jakiś świr ! Stuknięty psychopata ! Ratunku!
Pomaga mi wstać, trzymając z tyłu za związane ręce, ledwo stoję na sztywnych nogach, próbuję rozruszać zesztywniałe palce, ale nie mogę , jego uścisk jest zbyt silny. Na szerokość uchyla drzwi i pcha mnie do przodu, zaczynamy się wspinać do góry po drewnianych schodach. Dom musiał być stary, ma dziwny zapach wilgoci, starych desek, kurzu. A teraz korytarzem i na prawo do góry. Szybciej – mówi. Po chwili znajdujemy się u góry, przez tą opaskę na oczach nie czuję tu ani odrobiny światła, pewnie pozasuwał wszystkie zewnętrzne żaluzje. Telefon ! Przecież miałam z sobą telefon? Musiał go zabrać, muszę go znaleźć, to mój jedyny ratunek. Dam radę, muszę, jeśli chcę żyć.
Znajdujemy się w małej łazience, jest w niej o wiele cieplej niż w innych pomieszczeniach domu, mimo to jest mi potwornie zimno, gęsia skórka pojawia się na moim całym ciele. Słyszę jak odkręca wodę, która spływa do wanny, jej odgłos zaczyna rozchodzić się po małym pomieszczeniu. Wierci mi w uszach, już wiem jak się czują ludzie, którzy żyją w mroku. Co teraz ? Podchodzi do mnie i spokojnie rozwiązuje mi ręce, stoi na przeciwko mnie, czuję to, czuję , że się we mnie wpatruje tym swoim świdrującym wzrokiem, przeszywa mnie na wylot, rysuje w pamięci moją twarz, błądzi po ustach, po szyi, maleńki pieprzyk po lewej stronie. Widzi go ? Chwyta mnie za nadgarstki i stoimy tak w bezruchu chwilę, nie mówi nic, nie rozkazuje, dziwne tylko stoi i milczy. Czuję się niepewnie, napinam całe moje ciało gotowa do ataku, przecież oswobodził mi ręce, ale stoję i czekam, co dalej ? Jego ręce zaczynają przesuwać się ku górze, nadgarstki, łokcie, ramiona, kładzie mi ręce na szyi, będzie mnie dusił ?
Woda – słyszy mój szept – próbuję odwrócić jego uwagę. Wiem – odpowiada – Niech leci. Powoli zaczyna ściągać ze mnie ubranie, koszulka, delikatnie rozpina biustonosz, zsuwając go ze mnie, czuję jak opada na stopy, nie dotyka moich piersi, stoi i patrzy, wiem, ze obserwuje, delektuje się nimi. Wiem, że chce schować głowę między nimi, nie robi tego tylko błądzi palcem wzdłuż moich bioder, po chwili opadają spodenki, jednym szarpnięciem zsuwa mi majtki, są spocone, czuję ich woń, czuję się skrępowana, poniżająca sytuacja. Jeszcze skarpetki.
Ściągniesz mi opaskę – pytam ?
Nie teraz. Odpowiada i spokojnie prowadzi mnie do wanny.Próbuję do niej wejść, ciepło otula moje stopy, nogi, kucam, próbując utrzymać równowagę, robi się przyjemnie. Siadam i przymykam oczy, tak bardzo chciałabym się rozluźnić, nie mogę, nie potrafię, moje ciało krzyczy, mój umysł paraliżuje strach, zaczynam też czuć coś na kształt podekscytowania, a nawet podniecenia. / (...) Jakiego jest koloru – pytam. Co ?
Sukienka - stoję boso na kafelkowej, zimnej posadzce. Wyciera mnie i ubiera, palcami układa krótkie, ciemne włosy. W prawo, w lewo, na bok. Bawi się mną jak lalką. Czuję się jak ladacznica. Zielona sukienka, próbuję sobie ją wyobrazić, dotykam ręką góry, ma głęboki dekolt, koronkę na brzegu. Lubię zieleń, zielone wzgórza i łany, którymi wspinamy się trzymając aparaty w dłoniach. Niedbale robi mi zdjęcia, z boku, z góry kiedy patrzę w dal, z ukosa fotografując uśmiech, szare spojrzenie, piersi. Kolejne kadry. Jaskółki latają nisko, słońce chowa się zza horyzontem, w oddali słychać szczekanie psa, zaczynają grać cykady. Gwałtownie bierze mnie za rękę i ciągnie w zielone zboże w kierunku lasu. Idziemy tak jakieś dwadzieścia minut, źdźbła łaskoczą moje łydki, spokojnie oddycham. Przygarnia mnie do siebie i całuje leniwie błądząc językiem po dolnej, wardze, jest wypukła, gorąca, jego ręce ściągają mój sweter. Wychodzę mu na przeciw odwzajemniając penetrację , zaczyna go ssać, lubię to. Całujemy się tak zachłannie w milczeniu, w końcu dotykam na początku jakby niedbale i przelotem jego krocze. Badam teren, może próbuję zachęcić, zaczynam masować, góra, dół. Wzdycha. Po chwili kucam przed nim, czuję zapach zboża, zielone łany łaskoczą moje policzki, miękka ziemia brudzi moje kolana, rzucony sweter leży obok, w oddali zaskrzeczał jakiś ptak trzepocząc skrzydłami. Rozpinam jego spodnie, zwilżam językiem usta, wiem, że mnie obserwuje, rozchylam usta. I już wiem jak sprawić by był szczęśliwy. c.d.n
Miejsce przeżyć ...
Miejsce przeżyć...
poniedziałek, 27 lipca 2015
Łany ...
Ł a n y
Jadę rowerem leśną żwirowaną drogą, skąpana w porannym słońcu, na jagodowych krzaczkach w cieniu drzew widać jeszcze krople rosy. Każdego dnia pokonuję ten sam odcinek drogi. Śpieszę się, napinam mięśnie ud i dodatkowo pracuję ramionami wychylając szyję do przodu, jakbym chciała pokonać wiatr, on chłodzi moją twarz, zaciskam usta, jeszcze tylko ten odcinek trzystu metrów i wyjadę z lasu.
Pedałuję coraz szybciej, kiedy zaczynają boleć mnie mięśnie unoszę pośladki z siodełka rozprostowując kręgosłup, to na chwilę przynosi ulgę. Każdego dnia ta sama walka ze swoją słabością wciąż na nowo. Codzienne zwycięstwo. Poruszam się szybko, za godzinę powinnam być już w pracy, w głowie mam poukładany plan dnia, nie mogę nawalić. Kończy się stary odcinek lasu, jeszcze przede mną polana, znów drzewa, pod górkę i droga między polami. Nagle, niespodziewanie przede mną wyjeżdża metalic opel combi zupełnie jakby chciał przeciąć mi drogę. Zwariował ? Wystraszona hamuję, koło blokuje się w żwirowanym piachu, szybko tracę równowagę i upadam na lewą stronę. Wszystko dzieje się tak szybko, próbuję się pozbierać, podnieść spod kół, czuję, że zaczyna boleć mnie głowa, upadek nie był groźny, ale dosyć bolesny. Cholerny skurwiel ! Kto mu pozwolił jeździć po lesie ? Nawet tu nie ma spokoju ! - myślę rozdrażniona. Ciemny mężczyzna wychodzi z auta. Nic Pani nie jest ?? - pyta.
Unoszę głowę i patrzę na niego spode łba, ma ciemną oblamówkę brwi i rzęs, rzucają się w oczy, ciemne włosy, na skroniach pierwsze siwe włosy, w słońcu odbija się ich blask. Trzydniowy zarost. Cholerny głupek.
Zwariował pan ? Urządził sobie pan rajd po lesie czy co ? - prawie krzyczałam.
Przepraszam, pomogę pani – powiedział i energicznie podszedł do mnie od prawej strony. Po chwili czuję dziwną woń, słodkawy zapach, który rozchodzi się po moich nozdrzach, jakby przez mgłę czuję silny uścisk na szyi, moje ręce opadają wzdłuż tułowia, staram się nie myśleć, co się dzieje. Po sekundzie już wiem, że staję się bezbronna jak dziecko, wrzucona bezwiednie do obcego auta, na tylne siedzenie, pchnięta jak szmaciana lalka. To nic, to nic, wszystko będzie dobrze. Za mną tylko trzask drzwiczek, auto rusza z piskiem opon. Za nami kurz. Przecież nic się nie wydarzyło, drzewa wciąż poruszają się tym samym rytmem. Jest ósma rano, kolejny piękny letni dzień.
Budzę się w zimnym pomieszczeniu. Próbuję rozprostować plecy i pierwsza myśl jest taka, że mam na oczach ciemną opaskę, spoglądam w górę i czuję słaby blask światła. Mam związane ręce, próbuję oswobodzić nadgarstki, nie mogę, są zbyt mocno ściśnięte. O co chodzi ? Co ja tu robię ? Opieram głowę o zimną ścianę, w oddali słyszę tylko szum wiatraczka. Wentylacja? Gdzie jestem ? Próbuję sobie przypomnieć, jechałam rowerem leśną pętlą, jakiś idiota wyjechał mi na drogę. Sprawca, musiał mnie porwać i siedzę w jakiejś ciemnej dziurze. Spokojnie, tylko spokojnie, nie mogę wpaść w panikę, muszę myśleć logicznie jak się stąd wydostać, a jeśli się nie uda ??
Nie wiem ile czasu siedzę skulona pod ścianą otumaniona, sama nie wiem czym, słodkawy smak do tej pory czuję w ustach, na twarzy krople potu, zaschło mi w ustach, próbuję nie krzyczeć, nie płakać chodź przerażenie coraz bardziej ogarnia mój umysł. Z pewnością zostanę zgwałcona, pobita, zabita na śmierć, uduszona, bo przecież okupu nikt za mnie nie da, jestem biedna jak mysz kościelna. Może zostanę seksualną niewolnicą, albo pokroją mnie na narządy dla jakiś bogatych ludzi w Stanach, we Francji czy w Norwegii. Zabiorą mi nerkę, serce i wrzucą w foliowym worku na dno rzeki. Z rozmyślań wyrywa mnie głuchy odgłos, po chwili szmer, ktoś jest pod drzwiami, nadsłuchuje. Wstrzymuję oddech, znów szmer, kroki, odchodzi.
Ze snu wyrywa mnie klucz w zamku, otwierają się drzwi i ktoś wchodzi do pokoju. Słyszę głos. Nic ci nie jest ? Jak się czujesz ? Jeszcze pyta, a jak się mam czuć ?
Gdzie jestem ? Co ja tu robię ? - zaczynam panikować.
Jesteś w moim domu - odpowiada spokojnym, chropowatym głosem – I tutaj zostaniesz, na zawsze – dodaje. A teraz posłuchaj – nachyla się nade mną, czuję jego oddech przy twarzy, znam ten głos, znam ten oddech, próbuję sobie przypomnieć. Skup się, skup się. Nie mogę, jestem zesztywniała ze strachu, ściska mi dłonią ramię, jakby chciał wrosnąć w moją skórę, gładzi ją, próbuję się nie ruszyć, jak kameleon przybieram maskę, nie może dostrzec mojego strachu. Kimkolwiek jest nie mogę go sprowokować. - Zostaniesz tutaj, bo ja tego chcę, jak będziesz grzeczna dostaniesz nagrodę, jeśli nie, spotka cię kara. Zrozumiałaś ? A teraz zabiorę cię stąd na górę i doprowadzę do porządku, śmierdzisz. I to bardzo. Dostaniesz pić i jeść i nie próbuj sztuczek, nie uda ci się stąd wydostać. Nachylił się jeszcze bardziej nade mną, poczułam dotyk jego ust na swoich włosach. O, kurwa to jakiś świr ! Stuknięty psychopata ! Ratunku!
Pomaga mi wstać, trzymając z tyłu za związane ręce, ledwo stoję na sztywnych nogach, próbuję rozruszać zesztywniałe palce, ale nie mogę , jego uścisk jest zbyt silny. Na szerokość uchyla drzwi i pcha mnie do przodu, zaczynamy się wspinać do góry po drewnianych schodach. Dom musiał być stary, ma dziwny zapach wilgoci, starych desek, kurzu. A teraz korytarzem i na prawo do góry. Szybciej – mówi. Po chwili znajdujemy się u góry, przez tą opaskę na oczach nie czuję tu ani odrobiny światła, pewnie pozasuwał wszystkie zewnętrzne żaluzje. Telefon ! Przecież miałam z sobą telefon? Musiał go zabrać, muszę go znaleźć, to mój jedyny ratunek. Dam radę, muszę, jeśli chcę żyć.
Znajdujemy się w małej łazience, jest w niej o wiele cieplej niż w innych pomieszczeniach domu, mimo to jest mi potwornie zimno, gęsia skórka pojawia się na moim całym ciele. Słyszę jak odkręca wodę, która spływa do wanny, jej odgłos zaczyna rozchodzić się po małym pomieszczeniu. Wierci mi w uszach, już wiem jak się czują ludzie, którzy żyją w mroku. Co teraz ? Podchodzi do mnie i spokojnie rozwiązuje mi ręce, stoi na przeciwko mnie, czuję to, czuję , że się we mnie wpatruje tym swoim świdrującym wzrokiem, przeszywa mnie na wylot, rysuje w pamięci moją twarz, błądzi po ustach, po szyi, maleńki pieprzyk po lewej stronie. Widzi go ? Chwyta mnie za nadgarstki i stoimy tak w bezruchu chwilę, nie mówi nic, nie rozkazuje, dziwne tylko stoi i milczy. Czuję się niepewnie, napinam całe moje ciało gotowa do ataku, przecież oswobodził mi ręce, ale stoję i czekam, co dalej ? Jego ręce zaczynają przesuwać się ku górze, nadgarstki, łokcie, ramiona, kładzie mi ręce na szyi, będzie mnie dusił ?
Woda – słyszy mój szept – próbuję odwrócić jego uwagę. Wiem – odpowiada – Niech leci. Powoli zaczyna ściągać ze mnie ubranie, koszulka, delikatnie rozpina biustonosz, zsuwając go ze mnie, czuję jak opada na stopy, nie dotyka moich piersi, stoi i patrzy, wiem, ze obserwuje, delektuje się nimi. Wiem, że chce schować głowę między nimi, nie robi tego tylko błądzi palcem wzdłuż moich bioder, po chwili opadają spodenki, jednym szarpnięciem zsuwa mi majtki, są spocone, czuję ich woń, czuję się skrępowana, poniżająca sytuacja. Jeszcze skarpetki.
Ściągniesz mi opaskę – pytam ?
Nie teraz. Odpowiada i spokojnie prowadzi mnie do wanny.Próbuję do niej wejść, ciepło otula moje stopy, nogi, kucam, próbując utrzymać równowagę, robi się przyjemnie. Siadam i przymykam oczy, tak bardzo chciałabym się rozluźnić, nie mogę, nie potrafię, moje ciało krzyczy, mój umysł paraliżuje strach, zaczynam też czuć coś na kształt podekscytowania, a nawet podniecenia. / (...) Jakiego jest koloru – pytam. Co ?
Sukienka - stoję boso na kafelkowej, zimnej posadzce. Wyciera mnie i ubiera, palcami układa krótkie, ciemne włosy. W prawo, w lewo, na bok. Bawi się mną jak lalką. Czuję się jak ladacznica. Zielona sukienka, próbuję sobie ją wyobrazić, dotykam ręką góry, ma głęboki dekolt, koronkę na brzegu. Lubię zieleń, zielone wzgórza i łany, którymi wspinamy się trzymając aparaty w dłoniach. Niedbale robi mi zdjęcia, z boku, z góry kiedy patrzę w dal, z ukosa fotografując uśmiech, szare spojrzenie, piersi. Kolejne kadry. Jaskółki latają nisko, słońce chowa się zza horyzontem, w oddali słychać szczekanie psa, zaczynają grać cykady. Gwałtownie bierze mnie za rękę i ciągnie w zielone zboże w kierunku lasu. Idziemy tak jakieś dwadzieścia minut, źdźbła łaskoczą moje łydki, spokojnie oddycham. Przygarnia mnie do siebie i całuje leniwie błądząc językiem po dolnej, wardze, jest wypukła, gorąca, jego ręce ściągają mój sweter. Wychodzę mu na przeciw odwzajemniając penetrację , zaczyna go ssać, lubię to. Całujemy się tak zachłannie w milczeniu, w końcu dotykam na początku jakby niedbale i przelotem jego krocze. Badam teren, może próbuję zachęcić, zaczynam masować, góra, dół. Wzdycha. Po chwili kucam przed nim, czuję zapach zboża, zielone łany łaskoczą moje policzki, miękka ziemia brudzi moje kolana, rzucony sweter leży obok, w oddali zaskrzeczał jakiś ptak trzepocząc skrzydłami. Rozpinam jego spodnie, zwilżam językiem usta, wiem, że mnie obserwuje, rozchylam usta. I już wiem jak sprawić by był szczęśliwy. c.d.n
Wróć do domu frg. II
Jechał swoim Subaru Forester w wersji kombi okrężną drogą z Ujazdowa do Karpacza, by pozostawić tam auto na znajomym parkingu i ruszyć w góry. Był już spóżniony, obiecał gospodyni ze schroniska nad Mrocznym Stawem, że sprawdzi czy w lesie drwale przygotowali przycinkę drzewa na zimę. Zazwyczaj jechał głównym szlakiem, który był przystosowany na powolną jazdę samochodem, ale planował zajrzeć też do leśniczówki tuż pod Wielkim Kotłem, (tam też musiał skończyć robić zapasy drewna na zimę), więc musiał przejść ten odcinek pieszo, sprawdzić ilość drzewa, ocenić sytuację i wrócić do schroniska. Pomyślał, że dobrze się akurat składa, bo i tak miał ochotę na wędrówkę po górach. Swoją leśniczówką opiekował się od dawna, zdarzało się też, że kiedy chodził na długie wędrówki to zostawał tam na noc. Nie przeszkadzała mu samotność, wręcz przeciwnie. Jakub przyjechał tu na jesienny plener fotograficzny pięć lat temu, mocno zauroczył się górami, klimatem jaki towarzyszy temu miejscu, ludżmi, krajobrazem, wszystkim i postanowił jeszcze tu wrócić, ale już na zawsze i już następnej jesieni kupił stary dom w Ujazdowie i rzucił swoje dotychczasowe życie wprowadzając się ze swoim labradorem do starej chałupy. Pierwsze miesiące nie należały do najłatwiejszych, dom wymagał porządnego remontu dachu, ocieplenia i we wnątrz , a on tak naprawdę nie miał pojęcia o życiu w górach, ale szybko się uczył , był pomocny i zaradny. Szybko też zjednał sobie miejscowych ludzi i zatrudnił się w grupie PTTK Krajobrazowego Parku Narodowego i pomagał w schronisku, przygotowując drzewo na zimę, zawsze służył pomocą jako złota rączka, zdarzało się też, że bywał kurierem i robił zakupy jeśli zdarzała się taka potrzeba. Poznał już wszystkie szlaki, ludzi którzy wciąż powracali, bywał też przewodnikiem, wolnym strzelcem i fotografem. Ale najczęściej opiekował się leśniczówką. Praktycznie okres wiosenno- letni spędzał cały w górach, aż do póżnej jesieni, ale na zimę zawsze zjeżdżał do wioski by na weekendy wracać do schroniska. Dziś też mocno cieszył się na ten powrót w góry.
Prowadził wolno, pogwiązdując, pies leżał na siedzeniu obok, radio cicho grało. Natężenie ruchu na drodze trochę spadło, powoli kończył się sezon turystyczny, cieszyło go to, bo zawsze pod koniec jesieni już czuł ogromne zmęczenie, tymi ciągłymi turystami. Najgorzej było w mieście, bywały tam dni, że ciężko było przez nie przejechać czy nawet przejść. Tłok, ciągłe imprezy, a to zlot motocyklowy, a to biegi, koncerty charetatywne, stragany, mnóstwo sklepików z bibelotami i pamiątkami, restauracje, przepełnione puby, pensjonaty, miasto wprost tętniło życiem. Nie mógłby tu mieszkać, dlatego zdecydował się na stary dom w Ujazdowie. To maleńka wieś bardzo rozciągnięta u podnóża Rudaw, odległość między domami to kilkadziesiąt metrów, ale jemu to nie przeszkadzało. Lubił ciszę i spokój. Życie tej wsi płynęło wolno, rytm tam nadawał nie czas, ale pory roku, nikt się tu nie śpieszył, bo nie było dokąd, w większości mieszkańców to starsi ludzie, których dzieci pouciekały do większych miat, dlatego niektórzy pukali się w głowę zwłaszcza jego rodzina i znajomi, dziwiąc się, że Jakub zdecydował się na życie tutaj. Dokonał wyboru i nie zamierzał już zawracać chociaż matka jego wciąż miała taką nadzieję. Bywało, że tęsknił za bliskimi, wtedy wsiadał w samochód i pokonywał te sześset kilometrów, ale ostatnimi czasy zdarzało się to coraz rzadziej. Powoli wrósł w ten górski krajobraz, oswoił się z ludżmi, miał przy sobie swojego największego przyjaciela Urwisa, na towarzystwo psa zawsze mógł przecież liczyć.
Był już na szlaku, słońce schowało się za chmurami, pies biegł przodem po kamieniach, Jakub spojrzał w niebo, wygląda na to, że za chwilę będzie padać. Zatrzymał się na chwilę i wyciągnął mapę. Musiał jak najszybciej dojść do miejsca, gdzie drwale szykowali drzewo, zdecydował się, że pójdzie żółtym szlakiem, a potem odbije i nadrobi trochę drogi lasem, często tak robił. Znał już tutaj każdy odcinek, każdy kamień i każde drzewo, miał doskonałą orientację w terenie. Jako fotograf, często wypuszczał się samotnie na piesze wędrówki po lasach, mało uczęszczanych szlakach, rezerwatach, jeszcze się nie zdarzyło by zabłądził. Lubił to, uwielbiał też survival, umiał rozpalić ogień w deszczu, wiedział jak szukać wody, chociaż w górach jej nie brakowało, co jakiś czas człowiek natykał się na strumień. Umiał wytropić ślady zwierząt w gęstwinie, gdzie dla zwykłego mieszczucha zarośnięta ścieżka była miejscem mało przejrzystym, a on wypatrywał tam śladów, dobrze wiedział gdzie ich szukać. Był oswojony z przyrodą i może właśnie dlatego nie trudno było mu się przystosować do życia w tej zapadłej wsi, gdzie można było jeszcze natknąć się na wozy drabiniaste, co prawda rzadko, ale można było. Czas tam się zatrzymał, a jemu to odpowiadało, nie lubił zgiełku, tego medialnego szumu, wokół jego osoby, nie lubił postępu, nie kolekcjonował też gadżetów, smartfonów, aipodów. Nie gonił za modą, bo do czego ona mu było potrzebna, po prostu chciał mieć święty spokój, tak jak kiedyś zanim...no właśnie, zanim wziął udział w tym projekcie, na którym poznał Marlenę.
Ominął mokrą polanę i skierował się ku górze. Deszcz rozpadał się na dobre, ale jemu to nie przeszkadzało. Początkowa droga prowadziła drewnianym pomostem, ale czym bardziej kierował się ku górze tym szlak był bardziej kamienisty. Wzdłóż szlaku płynął strumień, im wyżej wchodził tym jego siła gasła i słabo go było słychać. Ominął skałki i potężne głazy i skierował się w głąb lasu. Drzewa rosły tam nisko i gęsto, było wilgotno, mrocznie, miejscami zbierała się mgła. Droga ta była rzadko uczęszczana przez turystów, nie było widać stąd żadnych górskich krajobrazów, tylko sam las, kamienie i głazy. Pies biegł wciąż przodem od czasu do czasu odwracając się za swoim panem. Jakub szedł równym krokiem, po chwili wyciągnął telefon sprawdzając czy złapie w tym miejscu sieć.
Ula ??
Witaj Jakub ? Co tam ?
Słuchaj jestem teraz w górach, chcę sprawdzić to drzewo, o którym rozmawialiśmy.
Super, trzeba będzie dzwonić do Ptaków, by załadowali je i przywieżli do nas.
Tak. Tak, pamiętam.
Odwiedzisz nas dzisiaj. Szykować Ci pokój ?
Zajdę po drodze do was, ale przenocuję w leśniczówce, muszę też tam zająć się kilkoma sprawami.
Oczywiście rozumiem.
Ale nie odmówię twoich słynnych naleśników, wiesz przecież - zaśmiał się- będę gdzieś - spojrzał na godzinę – za dwie godziny. Dużo macie gości ?
Nie. Było tu trochę turystów, ale wszyscy juz dawno zaczeli schodzić w dolinę. Pogoda nie sprzyja już wędrówkom. Zaczeło mocno padać. Martwię się, bo spodziewam się jednej kobiety, dzwoniła z samego rana, że dziś tu dotrze, niedługo się ściemni, a jej ani śladu.
Nie dzwoniła więcej ? - zapytał Janek.
Niestety. To chętna do pracy, z rozmowy wynikało, że bardzo jej zależy, no zobaczymy czy się pojawi. Wiesz jak trudno jest o tej porze roku znależć kogoś.
Tak, tak... rozumiem – Jakub zasępił się.
Gdybyś ją spotkał na szlaku sprowadż ją do nas.
Oczywiście. Zawsze możecie na mnie liczyć. Ula muszę kończyć, Urwis mi zniknął gdzieś z pola widzenia ...po za tym muszę się śpieszyć, to do zobaczenia, pa !
Pa ! To narazie.
Wsunął telefon do kieszeni i pobiegł przodem. Urwis ! Urwis ! Zawołał psa, ale odpowiadało mu tylko echo, nagle po chwili usłyszał jego głośne szczekanie. Jest ! Tylko tym razem co znowu? Dlaczego szczeka ? Może kogoś spotkał ? Hmm, ...Jakub zamyślił się, Urwis był bardzo łagodnym psem i rzadko szczekał na ludzi. Zaczął szybko piąć się po stromym zboczu, po chwili było już łatwiej iść, bo szlak zrobił się łagodny i Jakub znalazł się na drewnianym pomoście. Było mglisto i widoczność była mocno ograniczona, deszcz zacinał coraz bardziej. Po chwili dostrzegł psa, jego szczekanie było coraz głośniejsze. Urwis ! Zawołał, pies podbiegł do niego, ale nie przestawał szczekać, zupełnie jakby chciał jemu coś przekazać. Nagle zrozumiał. Na pomoście ktoś leżał.
Łaził za nią obserwując ją prawie każdego dnia, nie było to zbyt trudne, była taka przewidywalna. Wciąż szukał sposobu by się do niej zbliżyć, wiedział, że może to trochę potrwać, ale był pewien, że się uda, że ona i tak z czasem mu ulegnie, że w końcu ustąpi i mur jakim się otoczyła i tak w końcu kiedyś musi runąć. Lody stopnieją, wiatr zmieni kierunek i wszystko stanie się jasne. Powoli stawała się jego obsesją, budził się z myślą o niej, o niej też myślał zasypiając, dotykał się z myślą o niej i nie mógł tego znieść, bo znów doświadczał tej pustki, pożądanie paliło mu wnętrza, zaczynał mieć dolegliwości żołądkowe, czuł, że już niebawem zacznie się niecierpliwić, bał się tego, bo wiedział, że wtedy mógłby popełnić błąd, stawka była przecież taka wysoka, zbyt długo był już sam. Wciąż szukał sposobu, więc wymyślił ten numer z pizzą. Nie było nic prostszego przecież był dostawcą . Zajechał służbowym samochodem pod starą kamienicę, w której mieszkała, znał już jej dom , wiedział też, w których godzinach w nim bywa , jej pranie suszyło się na sznurkach, miał ochotę podejść i wtulić się w nie łakomie chłonąć jej zapach. Nie zrobił tego, mimowolnie spojrzał w jej okna, drzwi od balkonu były lekko uchylone, musiał to dobrze rozegrać. Zadzwonił domofonem, mieszkanie numer sześć. Słucham ? - usłyszał jej głos, na moment wbiło go w ziemię, musiał się opanować.
Może pani otworzyć ? Mam pizzę dla sąsiada obok, ale chyba ma wyłączony domofon ? - chwilę odczekał, drzwi otworzyły się i wbiegł na schody. Pokręcił się trochę po korytarzu, stanął przed drzwiami sąsiada udając niby, że czeka, aż mu otworzy, gdyby przypadkiem był obserwowany przez wizjer. Denerwował się, miał ochotę zapalić. Po chwili ruszył pod jej drzwi, przystawił ucho. Krzątała się, słychać było brzęk naczyń, w tle dochodziła muzyka, co to za szajs , pomyślał, jakiś płacziliwy kawałek pożal się boże, strasznie dołujący, no tak, przecież jest romantyczką, pewnie słucha klasyki. Już on ją zmieni, pomyślał, nauczkę jej słuchać elektroniki, będę zabierał do lokali, na imprezy, jeśli będzie grzeczna oczywiście. Nagle usłyszał ciche tupanie i drzwi otworzyły się z impetem, odskoczył jak oparzony.
To pan ?? - usłyszał, patrzyła na niego żdziwiona, nie mógł odczytać z wyrazu jej twarzy, żadnych emocji, złości, zachwytu, tylko to zaskoczenie, a jemu pożądanie rozlało się po twarzy, miał ochotę zapaść się pod ziemię, albo z ogromną siłą chwycić ją tam w tym progu, rzucić się na nią, zedrzeć z niej ubranie, nakarmić ją tą pizzą. Tak, tak gdyby tylko zechciała jeść mu z rąk, gdyby los byłby taki łaskawy. Poczuł podniecenie jak tylko pomyślał o jej ciele. To się musi w końcu skończyć, te jej gierki !
Sąsiad zamówił pizzę, ale nie mogę się dopukać. Chyba nie ma go w domu, to się zdarza, czasem ludzie dzwonią, zamawiają i zapominając wychodzą z domu, czasem podają zły adres, albo niepełny, trzeba potem szukać, albo mają nieczynne domofony, trzeba wtedy stać pod drzwiami i prosić się, żeby ktoś otworzył, to żenujące, już kurier ma lepiej, czuję się wtedy jak jakiś akwizytor- domokrążca, który próbuje sprzedać swoje ubezpieczenia, swoje marzenia lub odkurzacze. Ale najgorzej jest jak wybiegnie nerwowy pies właściciela i zaczyna ujadać, albo kot, który zaczyna miałczeć i łasić się do stóp ...
Nie lubi pan kotów ? - przerwała mu.
Nie... no, lubię, lubię - zaczął kręcić- tylko alergiczny jestem jakiś, od dziecka !
Zaśmiała się głośno. Hurra ! Udało mu się ją rozbawić, a może ma mnie za kretyna ? Pomyślał. Ma piękny uśmiech i te dołki w policzkach, szkoda, że uśmiecha się tak rzadko.
To dla pani - powiedział i wyciągnął w jej stronę szare pudełko z pizzą. Zapach jej rozchodził się po korytarzu.
Nie, no co pan niemogę !
Oj, niech pani bierze póki jest jeszcze ciepła... - wcisnął jej pudełko z pizzą.
Ale, ale ... to za dużo, ona jest taka wielka - patrzyła na nią z przerażeniem – Ma pan czas ? Może...no, ...nie jest pan przypadkiem głodny ??
Patrzyła na niego tymi swoimi oczami, czuł jak wreszcie lody zaczynają się topić, tylko na to czekał, aż przekroczy próg jej domu, a wtedy ona nie pozbędzie się go tak łatwo, już nigdy. Gra zaczeła się toczyć.
Pan potrzyma, ubiorę się tylko - wcisnęła mu w ręce kartonowe pudło, stał zneruchomiony, zaskoczyła go, to nie zaprosi go do domu ? Szlak !
Po chwili wróciła w tym szarym palcie, w którym widywał ją ciągle, na nogach skórkowe baletki, spojrzał na nią z góry, nie dosięgała mu nawet do ramienia.
Nie mieszkam sama, ale znam miejsce gdzie moglibyśmy zjeść w spokoju i rozciąga się stamtąd piękny widok. Nie mieszka sama ? Jak to ? Myśli pędziły w jego głowie niemal sto piędziesiąt na godzinę, zaraz dojdzie do katastrofy. Ma męża ? Partnera ? Czemu on o tym nic nie wiedział ? Musi to sprawdzić, koniecznie.
Szedł za nią, ostrożnie stawiała kroki, klucze w jej dłoni cicho pobrzęgiwały, zapadło milczenie. Poczuł się zaniepokojony. Weszli na ostatnie piętro, a potem poprowadziła go jeszcze wyżej, tak jakby na półpietro, od którego prowadziły jeszcze jedne drzwi. Uchyliła je i weszli do środka, był to jakby oddzielny korytarz- pokój nieduże pmieszczenie, poprzedzielane sznurkami na pranie. Ściana na zewnątrz była cała z brudnych szyb połączonych z sobą, w pomieszczeniu było jasno i duszno. Świeciło mocno słońce. Uchyliła jedną okiennice, powietrze wtargneło do środka. Spojrzał w dół. Faktycznie widok na stare miasto był ciekawy. To suszarnia- powiedziała cicho. c.d.n
niedziela, 25 stycznia 2015
Motyle życie ...frg.
niedziela, 30 listopada 2014
"Wróć do domu " I fragment
"Wróć do domu" fragment/ fotografia - Jeanloup Sieff
Chciała spojrzeć na godzinę, na swoim telefonie komórkowym, ale wrzuciła go, do którejś z bocznych kieszeni swojej torby. Zaczęła go nerwowo szukać, bo pomyślała sobie, że gdyby był tutaj zasięg to może zdołałaby połączyć się z Górskim Pogotowiem Ratunkowym, z kimkolwiek kto mógłby jej pomóc w tej beznadziejnej sytuacji. Wciąż nerwowo szukała telefonu. Miała mocno zmarzniete dłonie. Jest ! Ale sznurek, na którym był on zawieszony zaczepił się o zamek, zaczeła go nerwowo szarpać. Szlak ! Sztywne palce utrudniały każdy ruch, poczuła się słabo i ciemne kółka pojawiły się jej przed oczami, odetchnęła głęboko próbując wziąść się w garść. Chciała odgonić te dziwne plamy przed oczami, tak jak odgania się muchę lub komara. Czy miała mroczki, a może jej się tylko tak wydawało ? Machneła ręką tuż przed twarzą, coś było nie tak. Deszcz padał już coraz bardziej, czuła go na swojej twarzy, plecach, mokre palce przesuwały się po zamku próbując uwolnić bawełniany sznurek. Żałowała, że nie ma kapoka, foliowego płaszcza, który ochroniłby ją przez moknięciem. Plecak zrobił się zbyt ciężki , a właściwie to od jakiegoś czasu jakby go już nie czuła. Nie czuła już tego zimna, czuła i nie czuła, trudno było powiedzieć, zaczynało jej być wszystko jedno. Robiła się senna i bardzo mocno zmęczona. Przechyliła do przodu głowę, stopy ślizgały się po mokrych deskach, torba opadła na pomost, tuż koło jej stóp, obezwładniający ciężar plecaka przygniatał ją do przodu i szybko straciła równowagę. Poczuła nieznośny ból w okolicy skroni i smak krwi na ustach i dziwnie śliskie zimno desek na swoim policzku. Ucisk i ból twarzy był nie dozniesienia. Poczuła, że znów zapada się w mrok, tak jak wtedy tamtego dnia. Deszcz rozpadał się na dobre. Obrazy przesuwały się w jej głowie. Jeden za drugim. Sekunda po sekudzie. Klatka po klatce. Czy tak się właśnie umiera ?
Właśnie zbiegała z górki z grupą dzieciaków z podwórka , w ręku trzymała żeton. Karuzela łańcuchowa, do której biegli była prawie pusta, ale i tak pędzili jak zwariowani. Na łeb i na szyję ! Kto pierwszy ten lepszy ! Wbiegła na wąskie, drewniane schodki, jeszcze tylko kilka kroków i będzie na krzesełku. Jak zwykle dobierali się w pary skręcając z sobą wszystkie łańcuchy, czekali w napięciu, aż karuzela ruszy. Była tak podeskscytowana, że nie poczuła pierwszych kropli deszczu. Karuzela unosiła się powoli, zaczeli wspinać się w górę. I wyżej, coraz wyżej. Świat z góry wydał sie taki mały, można go było chwycić jedną ręką i zrobić z nim co się chce. Ludzie, ludziki nie stali w miejscu, ale kręcili się wokół własnej osi , piękny świat wirował wokół niej. Deszcz padał coraz mocniej, maleńkie krople jak igły przeszywały jej chude ciało, to był dziwny ból. Nagle niebo zrobiło się ciemne, karuzela nie przestawała się kręcić. Zamknęła oczy, ogarnął ją mroczny sen.
W korytarzu było ciemno, ale znała go na pamięć, dotknęła ręką zimnej ściany i poszukała kontaktu, po chwili ciemny korytarz oświetliła wisząca pod sufitem goła żarówka. Pomyślała, że może zamówi taksówkę, zbierało się na deszcz, więc sięgła do kieszeni po telefon komórkowy. Poczuła ogromny niepokój i strach , znała to miejsce na pamięć, ale teraz ten korytarz wydawał jej się dziwnie obcy. Niepewnie weszła na półpiętro, nogi zrobiły jej się jak z waty, nerwowo oblizała językiem wargę, znów zaschło jej w ustach. No dalej, do przodu. Idż ! Podeszła niepewnie do drzwi, były otwarte na całą szerokość. Nie możesz pokazać mu, że się go boisz. Nie możesz ! Próbowała podtrzymać się na duchu, zadzwoniła dzwonkiem. Chore, przecież to jest twoje mieszkanie, twój rodzinny dom, a ty dzwonisz dzwonkiem ! Jesteś żałosna, ganiła się w duchu.
Wyszedł na korytarz, przedpokój łączący kuchnię i ten duży pokój, który był kiedyś ich . Mężczyzna był bardzo wysoki i mocno zbudowany, jasne włosy, miał orli nos, na jego twarzy rysowało się napięcie. Znała go już na tyle dobrze, że wiedziała, że za chwilę może wybuchnąć, a wtedy nic tu po niej. Wiedziała, że musi się jak najszybciej stąd wynieść. Andrzej nerwowo rzucił jej pod stopy szarą , szmacianą torbę. Zabieraj szmato swoje łachy ! - powiedział. Za torbą w jej kierunku powedrowały spódnice, bluzki, rajstopy, książki, stare zdjęcia, kilka par butów, płaszcz, jesienna kurtka, korale i bransoletki, płyty w kolorowych pudełkach.
Nie chcemy ciebie tutaj ! - syczał. Ona zbierała na kolanach nerwowo swoje rzeczy pakując je niezgrabnie do torby. Szmata ! Szmata !
Zacisnęła usta, nie nie może się rozpłakać. Nie, nie w tej chwili, przecież nie może pokazać jemu swojej słabości, mimo to jednak wyrzuciła z siebie.
Gdzie Michaś ?
Nie ma !
Gdzie Michaś ? Czemu go nie słychać ? Pokaż mi go ....
Zabieraj łachy i wont !
Proszę... chcę zobaczyć moje dziecko....
Nigdy już go nie zobaczysz ! Rozumiesz ?? Nigdy !!! - zaczynał zbliżać
się do niej, wiedziała co to może oznaczać, chwyciła szybko torbę wycofując się z mieszkania zaczeła zbigać po schodach. Na dworze było już ciemno, rozejrzała się dookoła. Gdzie ta cholerna taksówka ? Nagle za plecami usłyszała jego kroki. Dokąd to ? Dokąd idziesz ? - zapytał. - Nie twój interes.
Jasne, dziecko też cię nie interesuje, pożałujesz jeszcze tego. Zobaczysz !- poczuła z tyłu mocne szarpnięcie, próbował wyrwać jej z ręki torbę.
Przestań ! - krzyknęła, wciąż nerwowo rozglądając się za taksówką. Przecież powinna już tu być.
Co ? Kochanek ci uciekł ? Nie ma go ?? - wciąż z niej kpił.
Nie twoja sprawa - nagle poczuła mocne uderzenie w głowę, tuż nad samym uchem. Upadła ogłuszona jak długa, czuła mokrą i zimną ziemię wdzierającą się do jej ust, miała dziwny smak, drobne kamyki wciskały jej się w policzek. Czuła jego ciężar na sobie, przygniatał ją z całej siły, jak dobrze znała ten dotyk. Deszcz nie przestawał padać, mokre włosy przykleiły się jej do twarzy, z każdą chwilą zapadała się w mrok coraz bardziej.
Lubiła czytać i to nawet bardzo, to był jej świat , z którym wciąż się zmierzała. Co książka to inny bohater, inny przyjaciel, któremu pozwalała żyć tylko w swojej głowie. Dużo czasu spędzała w bibliotekach, zaszywając się w nich, myszkując, szukając nowych lektur do czytania. Dobrze się tam czuła ukryta między wysokimy regałami pokrytymi mnóstwem książek, uwielbiała ten zapach kurzu i starego papieru. Czerpała z tego niezwykłą przyjemność niemal, że intymną, kiedy tam kucała w ciemności przewracają kartki, nikt jej nie mówił, że jest nieudacznikiem, że nic nie potrafi, ani pijany, bełkocący ojciec, ani nikt. Dorastała w takim świecie, czasami kiedy pogoda pozwalała ukrywała się na łące nad małą rzeczką. Schodziło się do niej z górki przez mostek, ale zanim można było się tam dostać należało przedzierać się przez wysokie trawska, dlatego teren ten był tak dobrze ukryty. Uwielbiała to, przedzieranie się przez wysoką trawę, przypominało jej to dziecięce zabawy. Od drugiej strony łąkę od miasta odcinała rzeczka pełna zielska, korzeni, płynajacych konarów drzew. Ryb w niej nie było. Za rzeczką ciągnął się jeszcze spory pas łąki i stare domy, potem dopiero była ulica. Czuła się tam bezpiecznie, nie było tam ani spacerujących ludzi z psami, ani biegających dzieci, ani drobnych pijaczków spędzających czas na piciu wina. Była tylko ona i jej bohaterzy. Kładła się na wielkim zwalonym pniu drzewa , które tkwiło tam od dawna, jakby ktoś o nim zapomniał, drzewo miało gładką powierzchnię , od góry nie było porośnięte mchem więc przytulona do niego spedzała czas na czytaniu. Z czasem łąkę tą porosły chaszcze i trudno było się do niej dostać. Z czasem po prostu zapomniała, o swoich przyjacielach, drzewie, odkrytym niebie i łące. I wszystko uległo zmianie.
Obserwował ją z ukrycia między potężnymi regałami z książkami. Jak on nie lubił takich miejs, znalazł się tutaj zupełnie przypadkowo po prostu zobaczył ją na ulicy, wydała mu się taka zagubiona, inna od kobiet, które do tej pory spotykał i po prostu poszedł za nią. Stała oparta o regał, niska, drobna, ciemne włosy średniej długości, zaczesane za uszy, gładka grzywka. Nie było w niej nic ciekawego, zwykła szara myszka, ale kiedy uniosła spojrzenie, zmroziło go. Nigdy nie widział tak interesującej twarzy. Nie, nie pięknej, tylko interesującej, zupełnie jakby los wyrył w niej uległość wobec całego świata, zagubienie, samotność i to marzycielskie spojrzenie. Było w niej coś takiego, kiedy spojrzała na niego zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, bo przecież nie wiedziała, że jest obserwowana, przeniósł się wtedy w inny świat. A może to sprawił jej makijaż, ciemne kreski wokół oczu, na górnej powiece też . Ach, te oczy ! I te długie, sarnie rzęsy. Od dawna poszukiwał takiej kobiety, z całą pewnością musiał dowiedzieć się kim jest. Musiał dowiedzieć się o niej wszystkiego. Wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, gdzie mieszka, pracuje, w jakim sklepiku robił zakupy, z kim spędza czas, mężczyżni. No właśnie, mężczyżni i poczuł mocne ukłucie, nie był w stanie znieść tej myśli, że może ona należeć do kogoś innego. Nie, nie, faceci nie lubią takich szarych myszek, błądzących gdzieś w chmurach, takich uległych, no chyba, że w łóżku. Już on się nią zajmie. Już on ją uszczęśliwi.
Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę pomiędzy regałami , specjalnie wysunął z półki kilka książek by ją widzieć. Stała taka skupiona z tym swoim nieziemskim spokojem na twarzy, co jakiś czas wertowała kartki. Książka była stara, brudna i miała zniszczoną okładkę. Widocznie jej to nie przeszkadzało. Czytała fragmenty co jakiś czas delikatnie śliniąc wskazujący palec, przekładała strony. Ten moment kiedy muskała palec, myślał potem o nim przez cały czas, bo gdyby tylko byłaby z nim pozwoliłby jej czytać całymi dniami, mógłby wtedy wpatrywać się w nią do bólu, w ten jej palec błądzący na ustach. Dłoń, która co jakiś czas poprawiałaby kosmyki włosów, mocno zaczesując je za ucho. Nieświadomie w zaczytaniu patrzyłby jak dotyka szyji, poprawia dekold, a potem podkurcza nogi, gładzi stopy, palce rozgerzewając je. Są zmarznięte. Potem kochałby się z nią tam na podłodze, pod tym zakurzonym kaloryferem, w końcu książka poszłaby i tak na bok, rzucona gdzieś w kąt. Jego świat mógłby zatrzymać się na chwilę, uspokoić, a ona nawet mogłaby sobie myśleć o tych swoich żałosnych bohaterach, podróżnikach, rycerzach, kochankach, biznesmenach, ułożonych nauczycielach, przewidywalnych urzędnikach, romantycznych ogrodnikach, klaunach ! To nie miałoby wówczas i tak żadnego znaczenia, dopóki byłaby z nim, aż do tego momentu kiedy nie nasyciłby się nią. Jej ciałem i dotykiem. Umysłem. Tak, zapragnął znać każdą jej myśl, wyssać z niej każdy oddech i każdy orgazm. Poznać jej sny, pogrążyć ją. Koniecznie musiałaby być jemu uległa., on zrobi wszystko by tak było.
Yhyh...- tuż obok usłyszał ciche chrząknięcie,bibliotekarka uparcie wpatrywała się w niego. W czymś Panu pomóc ? Szuka Pan czegoś, jakaś szczególna pozycja? Mamy spory wybór.
O tak, - pomyślał kpiąco. Głupie, stare babsko, musiała tu przyleżć.
Nie, nie. Już mam ! - powiedział niemal z entuzjazmem chwytając pierwszą lepszą książkę . Na książce był tytuł "Poezje" Rainer Maria Rilke, spojrzał na tytuł i poczuł się niepewnie.
Znakomity wybór - usłyszał. Starsza kobieta oddaliła się w głąb biblioteki.
- Poczekaj ! - Jagoda właśnie wychodziła z biblioteki, kiedy
usłyszała za sobą wołanie. Nie była pewna czy to do niej czy do kogoś innego, na chwilę przystanęła odwracając głowę, skąd dochodziło wołanie. Była zła, zbyt dużo czasu spędziła w tym miejscu. Była już spóżniona.
Tak, do Pani mówię. To chyba należy do...do ciebie - powiedział i niepewnym ruchem podał jej zwiniętą kartkę. Twarz jego wyrażała zakłopotanie, drugą ręką dotknął swoją głowę, tak jakby próbował jakoś wybrnąć z tej sytuacji - Leżała w książce. Pomyślałem, że to może coś ważnego. Rozwineła złożoną kartkę, poznała swój charakter pisma. Tak, to moje – powiedziała, siłując się na uśmiech, spojrzała na niego. Mężczyzna był wysoki, mocno opalony i zbudowany, dosyć przystojny, ale zupełnie nie pasował do tego miejsca.Co on tu robi ? Widzi go pierwszy raz.
Andrzej jestem - powiedział i podał jej wesoło dłoń, tak długo na to czekał, na dotyk jej dłoni. Spojrzała na nią niepewnie i tylko rzuciła przez ramię.
Miło mi, ale muszę już iść, jestem bardzo spózniona.
Poczekaj. Porozmawiajmy !
Nie mogę ...
Spotkamy się jeszcze - powiedział i nie był już pewny, czy to było pytanie czy tylko stwierdzenie. Nie spodziewał się tego, nie ułatwiła mu zadania zupełnie, jakby przeczuwała jego intencje. A może była zimną rybą ?
Wątpię !
Bezczelna. I odważna. Jak mogła mu tak powiedzieć ? Jak mogła go zlekceważyć ? Ale już zaczynała mu się podobać coraz bardziej. Może lubiła właśnie takie gierki, najpierw udając nieprzystępną, a potem hulaj dusza piekła nie ma. Już on ją ujarzmi tylko niech znajdzie sposób na nią. Cholera ! - zaklnął w duchu i nagle pożałował, że oddał jej ten zapisany przez nią zwitek, wtedy miałby coś co wcześniej należało do niej, jej mysli zapisane drobnym charakterem pisma. Głupiec ! Spojrzał jeszcze raz za nią, jej drobna sylwetka znikła gdzieś za rogiem.
Wróciła do mieszkania, za godzinę musiała być w pracy. Stanęła w przedpokoju ściągając buty, drzwi od pokoju były uchylone i zobaczyła młodą kobietę siedzącą na łóżku, zapinającą stanik. Była od niej starsza może, dwa, góra trzy lata. Spojrzała na ojca pytająco, stał w przy stole i rozlewał do kieliszków resztki alkoholu. Poczuła się podle.
Pani już wychodzi - powiedział i przechylił kieliszek do ust. Obydwoje byli pijani.
Pieprz się ! - powiedziała Jagoda i poszła do swojego pokoju. Rzuciła się na łóżko. Nie, nie będzie płakać. Rozmarze Ci się makijaż, myślała, bez sensu jest płakać skoro już dawno powinna była przyzwyczaić się do takich widoków. Nienawidziła tego domu, nienawidziła ojca, tak bardzo chciała się stąd wyrwać, tylko dokąd ? Przypomniał jej się mężczyna z biblioteki. Był dziwny i dziwnie na nią patrzył, tak jakoś jego wzrok przewiercał ją na wylot. Miał zielone oczy, wielkie, fascynujące, magnetyczne, ale był w nich jakiś mrok. Niepokój. Pomyślała, że nigdy nie chciałaby już go spotkać. Nigdy. C.d.n.
Próby ...
Z jej życia zniknął na stałe już kilka lat temu, z jej osobistego komputera nie dawno. Dopiero wczoraj się zorientowała, ze od jakiegoś czasu nie ma go na Face boku i zrobiło jej się naprawdę żal. To jedyne co ją z nim obecnie łączyło, te krótkie informacje , które znajdowała w sieci. Że leci do Polski, że wraca na Wyspy. Czego dziś słucha, jaki ma nastrój. Oglądała zdjęcia. Że zeszłej nocy znów zachlał mordę, o tym wolała nie czytać, ale czytała i zastanawiała się kim teraz jest , czasem po prostu nie dowierzając w jego puste słowa. Mimo to chciała wiedzieć, chciała mieć pewność, że żyje i nic mu nie jest, że te jego balansowanie na granicy kiedyś się skończy. Ten jego ciągły krok od śmierci. Ostro żył. Wciąż chciała, aby był szczęśliwy. Czy tęskniła? Nie, nie tęskniła. Czasem po prostu brakowało jej tego poczucia wolności , które jej dawał, a którego brakuje jej w tym nowym życiu. On po prostu mówił : Rób co chcesz. Rób jak uważasz. Ale nie, nie w tym sensie, ze gówno mnie obchodzi co robisz i czego chcesz w życiu, on po prostu nigdy-nie-bywał - zaborczy. Nigdy! Bo ona mężczyzn, którzy próbowali trzymać ją krótko na smyczy omijała. Już taka była nieokiełznana i tylko on potrafił ją zrozumieć i ugłaskać. Tę jej szarpaninę, kiedy chwytała za aparat i gnała tam gdzie jest niebezpieczeństwo, gdzie ból, ludzkie nieszczęście, wojna i strach w oczach kobiet i dzieci. Wciąż była dobrą reporterką, nawet bardzo.
Przymknęła oczy i pomyślała o tych setkach emaili, które do siebie napisali. Jak ciężko czasem było utrzymać taki związek „za wszelką cenę”. Dopiero nie dawno zdała sobie sprawę, że to jej wina, po prostu brakło jej sił i to zakończyła. Krótko, dosadnie, jednym cięciem. Nie kocham Cię już ! Ale to nie była prawda, jej po prostu brakło cierpliwości w tym wszystkim. Bo ile można czekać kiedy znikał i wracał do jej życia ponownie?? Wtedy pragnęła go naprawdę. Życia z nim, nieważne gdzie. Była gotowa na wszystko kiedy uciekała z nim w październiku. Kiedy musiała wracać do swojego życia kilka miesięcy później już nie była taka pełna wiary i optymizmu. Jak to niektórzy mówią życie to nie bajka. Teraz się cieszy, że nikt już o to nie pyta, gdzie zniknęła i z kim. Odpowiadała, że Egipt, że Turcja, przez moment Afganistan potem Rosja. Była w swoim żywiole, jak zawsze, tam gdzie się coś dzieje. Tematów nie brakowało. Setki nowych zdjęć do kolekcji pełne rozpaczy i emocji. Tylko czasem kiedy siedziała w brudnym pokoju hotelowym nadsłuchując skąd odchodzą strzały myślała o tym mieszkaniu na parterze. Pięćdziesiąt cztery metry ich wspólnego raju. Dwa pokoje bez mebli i zasłon, tylko gruby materac, mały przenośny telewizor i kosz na ubrania. Łazienka z małą wanną, kuchnia bez lodówki. Była zima, żywność chowała za oknem. To nic, najważniejsze, że wreszcie mogli być razem. Mogli zasypiać razem, tylko to się liczyło, ucho przy uchu słuchając jak przez cienką ścianę sąsiad brzdąka cicho na gitarze. Czasem ktoś ten koncert przerywał głośno waląc w rury. Echo wtedy niosło w całym pionie, a oni śmiali się do rozpuku. Czasem czytali razem leżąc pod kocem na materacu. Czasem po prostu pakował ją w starego fiata uno i jechali na poszukiwania skarbów, brali stary wykrywacz, który kiedy kupił od znajomego i łazili godzinami po polach i lasach. Na trzydzieste urodziny kupił jej nie najnowsze perfumy Natalii Portman lub Salmy Hayek, ale starą lampę na biurko. Żeby mogła pisać, także w nocy. Kochała stare rzeczy. Rano jak już wychodził, jeszcze taką zaspaną zawsze całował w brzuch, tak na dzień dobry i długo tulił na progu. Biegła potem przez całe mieszkanie, żeby jeszcze zobaczyć go z okna, jak odjeżdża. Kiedyś po prostu nie wrócił o stałej porze, ani w nocy ani na drugi dzień. A ona szalała z niepokoju, obdzwoniła wszystkie szpitale i posterunki policji w okolicy. Potem przysłał właścicielkę mieszkania, która skrupulatnie liczyła wszystkie klosze w mieszkaniu, stan licznika i opłaty do uregulowania za ostatni miesiąc. Jej świat się zawalił. Umowa najmu kończyła się i musiała się wynieść , właścicielka dała jej trzy dni. Trzy. Przez pierwsze dwa na zmianę przeleżała na podłodze pod kaloryferem , na podłodze pod oknem. Materac. Jak pies czekając na swojego pana. Trzeciego dnia posprzątała mieszkanie, umyła podłogi, zrobiła makijaż i wyszła zamykając za sobą drzwi. Klucze wrzuciła do skrzynki na listy tak jak obiecała. Tylko wychodząc przed blokiem nie zauważyła, ze jego samochód wciąż tam stał na parkingu przy drugiej klatce. To dopiero był smutny widok. Nie takiego życia sobie z nim wyobrażała. Najgorsze w tym wszystkim było to, że znów zaufała i dała się ponieść emocjom. Zakochała się , ale to nie było prawdziwe jej życie. Teraz dopiero po latach w końcu poczuła, że znalazła swoje miejsce na ziemi. Czasem tylko wydaje jej się, że udało jej się zapomnieć o wszystkim, a czasem wciąż go czuje między swoimi udami. Na plecach, jego dłonie znów we włosach. Tylko wtedy jej poduszka jest mokra od łez.
poniedziałek, 3 listopada 2014
"Schronienie"
Wstęp...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)